Gazeta.pl > Sciagnij.pl >  Porady

Ile megapikseli potrzebuję?

Marcin Bójko*
30.10.2007 16:26
A A A Drukuj
Rozdzielczość matrycy aparatu to główne kryterium, jakim kierują się ludzie, wybierając sprzęt do robienia zdjęć. To błąd, bo wyścig na megapiksele od dawna nie ma sensu, ale nikt nie chce tego głośno powiedzieć
Ludzie jak szaleni kupują cyfrówki, więc wszystkie firmy chcą je sprzedawać niezależnie od tego, czy mają jakiekolwiek tradycje fotograficzne, czy nigdy przedtem nie skalały się produkcją optyki. W gąszczu ofert specjaliści od marketingu muszą się jakoś przebić. A w hałasie przebijają się tylko proste, krótkie komunikaty, na przykład liczby. Aparaty cyfrowe sprzedawane są z dwiema liczbami: rozdzielczością matrycy liczoną w megapikselach, czyli milionach punktów, i krotnością zoomu, czyli zmianą ogniskowej obiektywu pozwalającą na zacieśnianie kadru bez ruszania się z miejsca (potocznie mówi się o tym "zbliżanie"). Te dwie informacje znajdziemy na każdym pudełku wybite wielkimi literami.

Czy więcej znaczy lepiej? W przypadku aparatów cyfrowych nie jest to aż taka prosta sprawa, bowiem powiększanie obu parametrów - rozdzielczości i krotności zoomu - jest jak za krótka kołdra.

Liczba megapikseli, czyli rozdzielczość, mówi o tym, jak bardzo możemy powiększyć zdjęcie. Odbitki 10 x 15 cm z każdego aparatu będą dobrze wyglądały, bowiem do takich rozmiarów wystarczą już

2 megapiksele, czyli tyle, ile oferują telefony komórkowe. Dziś na sklepowych półkach bez trudu można znaleźć aparaty, których matryce mają znacznie więcej pikseli - 8, 10, 12 mln. Teoretycznie pozwala to na wykonywanie powiększeń o rozmiarach 30 x 50 cm, ale tylko teoretycznie. A to dlatego, że w znakomitej większości obiektywy nie są w stanie zapewnić obrazu o wystarczającej liczbie szczegółów, tak by wykorzystać pełny potencjał matrycy. Producenci pakują coraz większe rozdzielczości w aparaty, bo tak najłatwiej pognębić konkurencję, a - by zacytować klasyków - głupi lud i tak kupi. Tymczasem pomiary ilości szczegółów rejestrowanych przez aparaty podawane np. w prasie specjalistycznej pokazują, że w wielu przypadkach urządzenia o nominalnej rozdzielczości kilkunastu megapikseli rejestrują tylko tyle szczegółów ile matryce 3-4-megapikselowe.

Co gorsza, im większa krotność zoomu, tym gorsza jakość obiektywu - nie bez przyczyny najlepsze i najdroższe obiektywy używane przez profesjonalistów wcale zoomu nie mają.

Jaki z tego morał? Jeśli kupujemy aparat, z którego nie będziemy robić odbitek większych niż 10 x 15 cm, to nie warto kierować się liczbą megapikseli, bo wszystko, co jest obecnie na rynku, ma ich wystarczająco dużo. Jeśli zaś chcemy robić powiększenia, to znów kryteria poszukiwania nie powinny bazować na liczbie megapikseli, bo one tak naprawdę jeszcze nic nie określają.

Optyka wyznacza granice

Optyka to bardzo stary dział fizyki rozwijany od czasów Galileusza i wiele zagadnień związanych z jakością obrazu już dawno rozwiązano. Zajmowali się tym przede wszystkim astronomowie i biolodzy wiele lat przed wynalezieniem fotografii cyfrowej. Jednym były potrzebne dobre teleskopy, innym dobre mikroskopy. I wieki praktyki pokazały, że za jakość obrazu odpowiada wielkość soczewek (im większe, tym lepsze) i rozmiar nośnika rejestrującego obraz (im większy gabarytowo, tym lepszy obraz). Dlatego do dziś najlepsze zdjęcia reklamowe wykonuje się aparatami wielkoformatowymi, w których klisza ma rozmiary 20 x 25 cm. Stąd prosty wniosek - im mniejszy aparat, tym gorsza jakość rejestrowanych zdjęć. Z tego względu nie można liczyć na to, że kieszonkowy kompakt będzie robił równie dobre zdjęcia jak lustrzanka, i dlatego istnieją duże aparaty. Duże oznacza też drogie, a to dlatego, że kluczowe elementy, czyli obiektyw i matryca światłoczuła, są bardzo kosztowne w produkcji.

Siłą rzeczy wysokie koszty produkcji nie sprzyjają rynkowej wojnie, w której trzeba sprzedawać coraz taniej, coraz więcej megapikseli z coraz większym zoomem. Oczywiście nie ma reguły i duży aparat też można zrobić zły, ale przynajmniej potencjalnie im jest większy, tym lepsze zdjęcia.

Ma to bardzo poważne uzasadnienie fizyczne. Matryca dużego aparatu przy tej samej rozdzielczości co maleńki kieszonkowy kompakt ma znacznie większe gabaryty. To oznacza, że na upakowanie elementów światłoczułych jest znacznie więcej miejsca. W efekcie elementy światłoczułe dużej matrycy zbierają więcej światła niż elementy małej. Poza tym istnieje pewne ograniczenie minimalnej wielkości szczegółów, jakie może odwzorować obiektyw zbudowany z soczewek. Ograniczenie zależy również od długości fali świetlnej, a dokładnie opisuje, kiedy zjawisko zwane dyfrakcją zaczyna rujnować jakość obrazu rzucanego przez obiektyw. Odpowiedni wzór opracował pod koniec XIX wieku lord Rayleigh. Bez wdawania się w szczegóły matematyczne warto wiedzieć, że najmniejsza plamka, jaką jest w stanie odwzorować obiektyw, ma średnicę kilku mikrometrów. A w najmniejszych matrycach komórki światłoczułe są rozmieszczone w mniejszej odległości niż owe kilka mikrometrów fizycznego ograniczenia. Morał z tego taki, że wyścig na megapiksele nie ma już większego sensu. Co z tego, że aparat ma matrycę

12 megapikseli, jeśli obiektyw nie jest w stanie obsłużyć więcej niż 4.

Rozmiar ma znaczenie

Rozmiar matrycy (ale nie rozdzielczość, lecz gabaryty) aparatu cyfrowego ma jeszcze jedną konsekwencję. Im mniejsza matryca, tym mniejsza ogniskowa obiektywu, a to za sobą pociąga różnice w głębi ostrości zdjęć. Chodzi o możliwość zrobienia takiego zdjęcia, gdzie tylko wybrany motyw jest ostry, a tło nieostre. Szczególnie dobrze sprawdza się to w fotografii portretowej. Jeśli umiemy zapanować nad tym efektem, znacznie poprawia on wygląd zdjęć. Głębią ostrości rządzą ścisłe reguły matematyczne, których nie warto przytaczać. Dość powiedzieć, że im krótszy obiektyw, tym głębia jest większa, a co za tym idzie - trudniej uzyskać efekt nieostrych planów zdjęcia.

W małych aparatach obiektywy mają bardzo krótkie ogniskowe - rzędu 4-6 mm. W najpopularniejszych lustrzankach ogniskowa jest trzy razy dłuższa, ale ponieważ matryca jest większa, to kąt widzenia pozostaje ten sam. Kompozycyjnie zdjęcia wyglądają więc jednakowo, ale różnią się głębią ostrości. To przeszkadza, gdy chcemy na poważnie bawić się w fotografię, i pomaga, gdy chcemy mieć ostre zdjęcia pamiątkowe z wakacyjnych wojaży.

Informacji o gabarytach matrycy próżno szukać na pudełku. Jest zagrzebana głęboko w instrukcji i nie każdy sprzedawca w ogóle wie, o czym mowa. Pośrednio możemy dowiedzieć się czegoś o rozmiarze matrycy, patrząc na rozmiary aparatu, bo im większa matryca, tym większy obiektyw.

Jak wybierać

Warto poznać kilka reguł, które pozwolą wybrać aparat potencjalnie dobry jakościowo.

Nie kierujmy się rozdzielczością matrycy, bo w znakomitej większości przypadków nie potrzebujemy wielu megapikseli.

Pamiętajmy, że im większa krotność zoomu, tym gorsza optyczna jakość obiektywu. Nie bądźmy więc pazerni na duży zoom, starajmy się zachować umiar.

Dobrym parametrem określającym jakość obiektywu jest jego jasność, oznaczana często f/2,8, f/3,5 itp. Im większa liczba, tym mniejsza jasność. Dobre obiektywy mają jasność f/2,8, doskonałe f/2,0, niezwykle rzadko można spotkać f/1,8 czy f/1,4 (raczej w obiektywach do lustrzanek). Wartość f/3,0 jest przyzwoita, a f/3,5 to rynkowa średnia, którą nie ma się co chwalić.

Nie szpanujmy. Jeśli chcemy kupić lustrzankę, ale nie planujemy wydawania pieniędzy na obiektywy, to warto jeszcze raz przemyśleć zakup. Dobry aparat kompaktowy w podobnej cenie będzie zapewne robił znacznie lepsze zdjęcia niż lustrzanka ze standardowym obiektywem sprzedawanym w zestawie. Fachowcy mówią na niego pogardliwie "kitowy" (wykorzystując grę słów w tłumaczeniu, bo "kit" po angielsku znaczy zestaw). Nie warto kupować drogiego korpusu i taniego obiektywu, bo wtedy całą potencjalną jakość korpusu niweczy marny obiektyw.

Częstym błędem jest też zaufanie bądź nieufność do marki wynoszona z czasów fotografii tradycyjnej. Aparat cyfrowy oprócz części analogowej w postaci obiektywu ma jeszcze (jak nazwa wskazuje) część cyfrową w postaci matrycy i mikroprocesora. To, że firma X znana jest z doskonałych obiektywów, nie znaczy, że potrafi zbudować cały aparat cyfrowy. Tak więc, jeśli dziadek mówi: kup kochany aparat tej firmy, bo zdjęcia robił doskonałe - nie ufajmy. Doskonałym przykładem jest firma Leica, która wśród fotografów starej daty budzi dreszcz emocji, bowiem obiektywy produkowane przez tę niemiecką korporację do dziś zachwycają jakością obrazu. Ale sztandarowy model cyfrowy tej firmy Leica M8, oczekiwany przez wielu fotografów na całym świecie, wcale nie zachwyca jakością, bowiem inżynierowie zapomnieli o tym, że matryca światłoczuła rejestruje również podczerwień, przez co jakość obrazu znacznie odbiega od oczekiwań fotografów. Oczywiście nikt nie mówi o tym głośno, bo taka wpadka to tak jak ostatnie koncerty Beethovena, na których głuchy już muzyk kaleczył niemiłosiernie melodie. O ile wśród zwykłych ludzi zdarzenie wywołałoby śmiech, może drwiny, o tyle w wysokich sferach mówi się w kategoriach wielkich zasług muzyka i wiele mu daruje, a po koncercie klaszcze.

Tak więc zasługi dla fotografii to nie wszystko i nie warto dyskredytować takich firm jak np. Sony czy Matsushita (właściciel marki Panasonic), które z fotografią analogową nie mają wiele wspólnego, ale aparaty cyfrowe robią całkiem dobre.

Aparat do potrzeb

Kluczem do sukcesu przy wyborze aparatu jest prawidłowe zdefiniowanie potrzeb. Zanim kupimy aparat, zastanówmy się, do czego go będziemy używać. Jeśli właśnie złapaliśmy bakcyla fotografii i chcemy rozwijać naszą pasję, to do wyboru mamy albo zaawansowany kompakt w rodzaju Panasonic Fz50 lub Sony H9 albo lustrzankę. Wiele radości pasjonatowi fotografii może sprawić Sony R1 - już nieprodukowany, ale na tyle solidny, że używany można kupić w dobrym stanie. Kompakt radzę kupić wtedy, gdy zdecydowanie nie chcemy wydawać pieniędzy na dodatkowe obiektywy, bowiem aparaty kompaktowe są wyposażone w dobrą optykę, a lustrzanki, te amatorskie, sprzedawane są z podłej jakości obiektywami. Zakup lustrzanki oznacza, że po jakimś czasie zacznie nas męczyć myśl o zakupie obiektywu i zewnętrznej lampy, i z czasem ulegniemy. Nie ma w tym żadnej hańby, w końcu na każde hobby można wydawać pieniądze, ale lustrzanka to wyjątkowo kosztowna pasja.

Lustrzanki i duże kompakty mają jedną istotną wadę - rozmiar. Nie są to aparaty, które bierze się "przy okazji", to sprzęt, który zabieramy z premedytacją. W górach albo w długich wędrówkach taki sprzęt zaczyna poważnie ciążyć. Dlatego jeśli myślimy o aparacie wakacyjnym, ale nie chcemy go dźwigać, warto kupić jakiś kompakt ze średniej półki.

Istnieje jeszcze jedna kategoria gabarytowa - aparaty kieszonkowe. Są wielkości papierośnicy i mieszczą się w każdej kieszeni i torebce. Są to urządzenia z gatunku "na wszelki wypadek". Zdjęcia robią znacznie lepsze niż telefony komórkowe, ale - co oczywiste - ustępują jakością większym aparatom. Za to wygoda korzystania z nich jest ogromna. W tej kategorii mieszczą się też unikalne w swojej konstrukcji aparaty Olympus z serii mju SW, które mają wodoszczelną obudowę i są odporne na upadki do 1,5 metra. Taki aparat bez oporów można zabrać na kajak czy na plażę, a nawet robić nim zdjęcia pod wodą przy brzegu albo w basenie. To idealne urządzenie dla rodziców małych dzieci, które jak wiadomo, uwielbiają świecidełka, a więc i aparaty cyfrowe. Olympusa można dać rocznemu maluchowi bez obaw, że trzaśnie nim o podłogę albo zaślini.

Uwaga na stabilizację

W telewizji czasem jeszcze można zobaczyć reklamówkę aparatów Panasonic Lumix z wbudowaną stabilizacją obrazu. Na filmach widzimy ludzi trzęsących się niemiłosiernie, którym wychodzą ostre zdjęcia. W rzeczywistości żaden stabilizator nie pozwoli uzyskać ostrego obrazu, w sytuacji gdy robimy zdjęcie, jadąc konno bądź trzęsąc się z zimna. Firma trochę przesadziła z reklamami, bo trudno jest wytłumaczyć w prosty sposób, że stabilizacja jest bardzo przydatną funkcją. Wszystkim ludziom trzęsą się ręce, mniej lub bardziej. Zawodowi fotografowie potrafią utrzymać stabilnie aparat przy stosunkowo długich czasach naświetlania, ale wymaga to sporego treningu. A i tak nie opanują na przykład bicia serca, które również wprowadza drgania. Dlatego system stabilizacji obrazu jest bardzo przydatny. Ale nie oczekujmy cudów i jednak starajmy się trzymać aparat stabilnie. Pamiętajmy też o dwóch rodzajach stabilizacji. Pierwszy, skuteczniejszy, zwany stabilizacją optyczną, polega na kompensowaniu ruchów aparatu za pomocą mechanizmu żyroskopowego poruszającego bądź obiektywem, bądź matrycą aparatu. Drugi, oszukańczy, polega na podniesieniu czułości matrycy aparatu, by skrócić czas naświetlania i w ten sposób zmniejszyć ryzyko poruszenia zdjęcia. Taki sposób nazywany jest eufemistycznie stabilizatorem "elektronicznym", "cyfrowym" itp. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że podniesienie czułości matrycy pogarsza jakość obrazu. Dlatego, gdy aparat kusi "stabilizacją obrazu", sprawdźmy na pewno, czy to jest stabilizacja optyczna, czy oszukiwana.



*Marcin Bójko jest redaktorem naczelnym www.dfv.pl

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX